|
pięć stównie było jeszcze zupełnie ciemno, choć październik wziął się już za zapalanie lamp w kaplicy madonny opiekunki dróg. zmiataliśmy z dziećmi w stronę domu aż liście fruwały. było jakoś koło siódmej. jeszcze godzinę temu kicz mierzył tu suknie wieczorowe z błagalnych, wotywnych liści. teraz w samochodzie mrok. po szybach łaziły zielone bliki. można by dołożyć muzykę, gdyby nie wlokące się wkoło cyferblatu negocjacje z pasażerką tylnego fotelika. tomcio paluch czy czerwony kapturek? tutaj za chwilę powinien być zakręt. słoń bombik. a może ta fajna z wilkiem? dobra, zwalniam do 80-ciu, redukcja. nie z wilkiem, bo ona chce słonia bombika. dwoje ślepi z przeciwka. zgaś te długie. słoń został w domu, przykro mi kochanie. zgasił. ale jakoś dziwnie jedzie, cholera. nie zdążyła zapłakać. strzał ściął ciszę. w głowie scenariusze, w uszach dzwon, zanim gałki oczne nadążyły z reakcją i rzuciły się w lewo, w lusterko, za sprawcą. nie ma lusterka. nie ma sprawcy. kurwa. pięć stów za przybicie piątki ze śmiercią. ta rysa na szybie - już nie do wytarcia, a reszta wisi na bardzo cienkim drucie. si-tacuisses 2005-10-24 01:09:49 skomentuj (0) |
||||
|