melanż



koreczki były, owoce i coś co nie wiem jak się nazywa,
schodami w dół, za strzałką dance, chill i toalety.
tylko napoje trzeba było odpłatnie, ale co tam,
sześć złotych nie majątek, wyłożę za kolegę, się wie.

a kolegów tłumy i tuziny tuzów z branży wspaniałych.
przysiadam bez pytania o nastrój. ktoś się pnie,
ktoś inny poleciał jak z pracy, wiesz, raz na wozie,
a propos, widziałam jak parkujesz, lansik, nie powiem.

robi się gęsto, robi się pusto. ruszasz ustami, rybo,
zmięte słowa brzmią niemo w rytmie modnego elektro.
staram się jak mogę, łowię strzępy zdań, wątek tonie,
za to efekt, efekt zadziwia – zaczynamy się rozumieć.

genialne! niech zatem didżej zje to, co nas dzieli,
niech zmiesza w czarnym winylu nasze drogi i horyzonty,
twojego Chomsky'ego spuentuję Ratzingerem i dalejże
ściskać się w tańcu. w stolicy zwą to ponoć melanżem,

więc niech będzie melanż. komplementy sypmy jak bilon,
bierzmy za dobrą monetę i szczerze wzruszajmy ramionami.
ale właściwie przyszedłem się tu najeść, ewentualnie spisać
w toalecie. szkic wkładam w kieszeń i wychodzę. oddycham.

si-tacuisses 2005-06-18 23:51:25
skomentuj (0)